Trener liże rany

Jest taki moment, kiedy z sali, w której prowadziłaś szkolenie wychodzi ostatni uczestnik. A ty czujesz, że coś poszło nie tak. Jeszcze nie wiesz o co chodzi, jeszcze nie widzisz tego, co się stało, ale brzuch, kark albo inne części ciała już to wiedzą. Dosadnie rzecz ujmując – ktoś dał dupy. Tylko kto?

Taka sytuacja w życiu trenera, to kwestia czasu albo statystyki. Zawsze kiedy zaliczam coś takiego (bo zdarza mi się to! Choć jestem ekspertem, mentorem i bardzo doświadczonym trenerem, no taka prawda!), potrzebuję trochę czasu, żeby nabrać dystansu do takich wydarzeń. Potrzebuję zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. No właśnie, co się wydarzyło? Teoretycznie lista przyczyn jest skończona:

  • Trener (czyli ja, i ty, i ty też) dał ciała – możesz to zrobić na trzy sposoby:
    • nie przygotujesz się wystarczająco – na przykład nie dowiesz się kim są uczestnicy i gadasz bez sensu do ludzi, którzy albo się nudzą i ratując czas przed zmarnowaniem, mielą mniej lub bardziej ostentacyjnie maile albo patrzą z coraz większym poczuciem bezmiaru swojej niewiedzy wobec bezmiaru twojej wiedzy i coś z tym zrobią (tobie albo sobie)
    • to nie był ten dzień: impreza w hotelu (wszyscy się bawią oprócz ciebie i noc z głowy), jakiś dramat w twoim życiu równoległym, podróż się wydłużyła i jesteś zmęczony bardziej niż można, albo po prostu zmęczenie materiału, bo doginasz piąty dzień szkolenia pod rząd
    • jeszcze nie ten poziom kompetencji, czyli za mało wiesz, za mało masz doświadczeń – i tu są znowu dwie możliwości. Pierwsza – za mało wiedzy i umiejętności eksperckich. Druga – za mało wiedzy i umiejętności trenerskich. Jak jest dwa w jednym, to mega słabo
  • Organizator dał ciała – tu jest zdecydowanie więcej możliwości:
    • Wsadził cię na lewe sanki, co oznacza, że robisz za mięso armatnie. Z góry wiadomo, że będzie jazda, tylko ty nic o tym nie wiesz. Na przykład przychodzi grupa wkurzonych handlowców, którym zmielili system premiowy i dodali śliczny CRM, i to ty masz sprawić, aby pokochali miłością dozgonną do owego CRMu. No i jeśli masz 100% ładowania swoich baterii plus bardzo dobre umiejętności trenerskie, to może wyjdziesz z tego z niewielkimi obrażeniami, ale z tarczą. A jak nie, to coś ci urwą. Rękę, nogę lub kawałek pewności siebie.
    • Przełożony lub HR nie dopuścił cię do wszystkich istotnych dla ciebie informacji (nieświadomie lub z braku kompetencji). Niemniej jednak dopiero na sali dowiadujesz się o tych ważnych kwestiach. To wersja optymistyczna, bo coś z tym można zrobić. Gorzej, jak to gdzieś jest pod dywanem i co chwila się o to potykasz, ale nie wiesz co to jest. Pomyśl, że wśród uczestników jest konflikt, żrą się mniej lub bardziej otwarcie między sobą i z pewnością uleją sobie, oj uleją.
    • HR chce się wykazać i ma nawet dobre intencje, ale nie do końca zbieżne z tym, czego potrzebuje grupa. Zatem z dużym przekonaniem powiodą cię na manowce, nie dadzą sprawdzić czy to dobra droga i popłyniesz z tematem, ale niekoniecznie z grupą i dopłyniesz do brzegu jak flisak na pustej tratwie.
    • Ktoś chce za jednym razem upchnąć za dużo tematów i wywiera presję, żeby wszystko było w programie. I jeszcze żeby takie narzędzie poznali i koniecznie to, no bez tego to nie może ich pani zostawić!
    • Organizacja jako system nie jest gotowa na to, co im dajesz w programie. Jak cudnie się żyje w świecie Zarządzania Przez Cele. Jednak w świecie uczestników twojego szkolenia przełożeni nie gadają ze swoimi ludźmi nawet o tym, co dziś jest do zrobienia. Więc pewnie coś wcześniej trzeba zrobić, żeby to miało sens.

I tak mogłabym jeszcze długo wymieniać, tylko po co, więc stawiam kropkę.

  • Uczestnik/uczestnicy dali ciała – w zasadzie są dwie możliwości:
  1. Balowali do rana i nie nadają się do szkolenia
  2. Nie chce im się uczyć ponieważ: odreagowują sytuację w firmie, szef/HR im kazał, mają plan naprawczy i to jest szkolenie „za karę”, boją się ujawnienia swojego poziomu kompetencji, i tak dalej i tak dalej.

Ślina ma właściwości bakteriobójcze i dlatego zwierzaki, które posiadają język i ślinianki, korzystają skwapliwie z tego zestawu naprawczego, kiedy tylko nagle ktoś im przerwie ciągłość posiadanych tkanek. Hmmm, trener też ma ślinianki i język, ale raczej nie zdarzyło mi się odnieść fizycznych obrażeń w wyniku szkolenia. Tylko psychiczne (tylko?!), które także trzeba opatrzyć, żeby móc dalej nieść kaganek albo kaganiec oświaty, co tam kto niesie.

Parę metod na niezbędną profilaktykę lub opatrywanie ran podrzucam. Może ci się przydadzą lub uchronią przed nieuniknionym. Podzieliłam je na: PRZED (profilaktyka), W TRAKCIE (ostry dyżur) i JUŻ PO WSZYSTKIM (rekonwalescencja).

PRZED:

  Zadaj sobie kilka pytań lub sprawdź:

  • Czy wiem kim są uczestnicy?
  • Czy dotarłam do ich prawdziwych potrzeb, tego co ich boli?
  • Jaki jest kontekst tego szkolenia?
  • Co zrobię, żeby to było najlepsze szkolenie w mojej praktyce? I najlepsze w jakim oni wezmą udział?

W TRAKCIE:

  • Czy jest coś, co mnie niepokoi?
  • Czego nie widzę?
  • Co mówi moje ciało (brzuch, głowa, serce, ręce)?
  • Co w takiej sytuacji zrobiłby mój mentor? (pomyśl o kimś, kto jest twoim autorytetem)

JUŻ PO WSZYSTKIM:

  • Jakie odczuwam emocje?
  • Jakie są fakty: co zrobiłam?, co zrobił organizator?, co zrobili uczestnicy?
  • Czego nie zrobiłam?, czego nie zrobił organizator?, czego nie zrobili uczestnicy?
  • Więc co z tego wynika?

Na razie tyle. W kolejnych wpisach podzielę się konkretami, czyli z perspektywy eksperta, powymądrzam się spoza bólu i smutku, dzieląc się wspomnieniami wszystkich trudnych chwil, choć to zaledwie 1% moich doświadczeń.

Dodaj komentarz